czwartek, 28 maja 2015

Mama na zakupach




Zanim zaszłam w ciążę, jak większość kobiet lubiłam kupić sobie nowy ciuch, buty czy torebkę. Za każdym razem, jak chodziłam po galerii handlowej, wypatrywałam coś dla siebie i dokładałam do garderoby. Odkąd zostałam mamą, sprawa ma się zupełnie inaczej. Moje dziecko ma więcej butów ode mnie (a przecież jeszcze nie chodzi). Czasem odnoszę wrażenie, że pochowałam nawet zdrowy egoizm.

Jakiś czas temu moja bratowa wyciągnęła mnie z domu na kobiece zakupy. Małego zostawiłyśmy na tą chwilę z moim mężem. Miałyśmy się rozerwać, poplotkować, kupić sobie coś fajnego. To miało być czysto "egoistyczne" wyjście z domu i sprawienie sobie małej przyjemności. Tak to się jednak nie skończyło... Pierwszym miejscem, do którego zawitałam, był Smyk. Później kolejno inne sklepy z dziecięcym asortymentem. Nie będę się zagłębiała w szczegóły. Napiszę tylko, jak nasz wypad się zakończył.

Otóż wróciłam do domu i od razu pobiegłam przytulić mojego synka i wręczyć mu prezent. Ciuszki, książkę, zabawkę...
A gdzie masz coś dla siebie? - zapytał mój mąż.
To właśnie były kobiece zakupy w roli matki. 
Nieważne były kolorowo ubrane manekiny stojące w firmówkach z odzieżą "dla dorosłych" czy kuszące przeceny. Przez cały wypad myślałam tylko o tym, żeby zamiast dla siebie, kupić coś dla swojego dziecka. Taki mój "mały" priorytet.

Swoją drogą - wychodziłam dzisiaj z mężem i synkiem z domu. Małego oczywiście pięknie ubrałam, wyszykowałam, spakowałam i odparłam zadowolona do Jacka, że możemy ruszać.
Sami? Ty zostajesz w domu? - zapytał.
Spojrzałam na siebie. Cudownie. Zapomniałam się przebrać i wciąż miałam na sobie sprany dres, w którym chodzę po domu, i ciepłe kapcie.

Reasumując, dziecko jest najważniejsze. To taki matczyny priorytet i światełko w oczach. Swój wygląd i asortyment przestaje być istotnym, kiedy ma się takiego maluszka. Dla niego zawsze chce się najwięcej, najlepiej, najczęściej. Egoizm został zagrzebany.

Jednak zdrowy rozsądek i odrobinę umiaru trzeba w tym wszystkim zachować. My, mamy, nie możemy całkiem zapominać o sobie i ignorować swoje potrzeby. Dlatego następnym razem będąc w galerii wejdę najpierw do jakiegoś sklepu i kupię sobie jakąś pierdołę. A później...i tak wejdę do Smyka ;)

środa, 27 maja 2015

Jak wrócić do figury po ciąży?




Wiele kobiet narzeka na swoją figurę po urodzeniu dziecka. Ja również zaliczałam się do tego grona. Piszę to w czasie przeszłym, bo ten problem już mnie nie dotyczy. A do zrzucenia mało nie miałam... Przez te 9 miesięcy przytyłam 30 kg i czułam się fatalnie. Do tego ostatni trymestr musiałam spędzić w łóżku, więc nie było mowy o jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Trochę pisałam o tym tutaj. Do wagi sprzed ciąży wróciłam (no prawie - 27 kg mniej, więc naprawdę nie mam na co narzekać) bez większego wysiłku. Właściwie to wszystko przyszło naturalnie (o tym, jak to zrobiłam, zaraz napiszę).

Jednak ciało w ciąży bardzo się zmienia i wzrost wagi nie jest jedyną pamiątką po ciąży. Kolejnym problemem, na który skarży się grono kobiet, jest stan skóry. Jej zwiotczenie, rozstępy czy cellulit. Osobiście zdarzyło mi się zapłakać, kiedy zobaczyłam siebie po powrocie ze szpitala. Na szczęście bardzo szybko zrozumiałam, że póki nie pokocham swojego ciała takim, jakie sprezentował mi je mój synek, nie będę wyglądać dobrze nawet katując się dietami, kremami itp. A więc to jest pierwszy krok, żeby wrócić do swojej figury sprzed ciąży:

pokochać swoje ciało (w końcu wydało na świat ósmy cud świata i nie zważając na nadmiar kilogramów, cellulitu czy rozstępów, jest piękną pamiątką po ciąży)

karmić piersią (i tu już nie chodzi o to, jak ważne to jest dla naszego maleństwa. nie możemy zapominać, że karmiąc piersią fundujemy sobie najszybszą i najbezpieczniejszą utratę wagi - ja właśnie tak, w sposób cudownie naturalny, zrzuciłam w przeciągu pół roku 22 kg)

chodzić na spacery (i to wcale nie jest śmieszne. kobiety, które nie mogą sobie pozwolić na aktywność fizyczną w czasie ciąży, czy takie, które rodziły przez cesarskie cięcie, nie mogą szybko zacząć intensywnie ćwiczyć. organizm trzeba rozruszać powoli. samo opiekowanie się dzieckiem daje nam dużo ruchu. a spacery z maluchem to łączenie przyjemnego z pożytecznym)

Jeżeli chodzi o pozostałe mankamenty tj. rozstępy, cellulit, utracona jędrność skóry:

peeling (na partie ciała, z których jesteśmy niezadowolone, co najmniej raz w tygodniu. można taki peeling kupić w każdej drogerii albo wykonać samodzielnie w domu na bazie kawy parzonej, soli, oliwki i wody)

natłuszczanie skóry (jak dla mnie genialnie sprawdził się olejek bio-oil)  

masaż bańkami chińskimi (oto co proponuje nam medycyna naturalna - o tym masażu pisałam na  tutaj - bardzo skuteczny zabieg przy walce z rozstępami i cellulitem)


czwartek, 21 maja 2015

Uwiecznić wspomnienia









Odkąd urodził się mój synek, nie rozstaję się z aparatem. Robiłam setki...tysiące zdjęć... Wszystkie regularnie zrzucałam na laptopa i różne dyski przenośne, żeby nie stracić przez przypadek żadnego z tych niepowtarzalnych dla mnie zdjęć. A właściwie, to wspomnień. Tak właśnie nazywam zdjęcia. Kolorowymi wspomnieniami.

Niedawno, kiedy mam wolną chwilę, odpalam tego laptopa i przepatruję tak wyrywkowo różne foldery, ujęcia... Wszystko mam posegregowane chronologicznie... Takie to wszystko "nowoczesne". Kiedyś ludzie nie mięli smartfonów, komputerów czy tabletów, a zdjęć od groma! Bo wywoływali je i pięknie przechowywali w ozdobnych albumach rodzinnych. A że mnie się tak na wspomnienia wzięło, takie albumy postanowiłam sobie stworzyć. Żeby po raz kolejny odnaleźć w sobie iskrę staroświeckości i udowodnienia sobie, że wiek XI nie pożarł mnie jeszcze w całości.

Włączyłam laptopa i zaczęłam wybierać setki z tysięcy zdjęć do wywołania. Matko... nie sądziłam, że to takie czasochłonne! Ale nic... Zawzięłam się i po kilku godzinach miałam na pendrive wszystko, co chciałam. Poszłam oddać zdjęcia do wywołania i kupiłam albumy. Oprócz tego przygotowałam też mieszankę "kolorowych wspomnień" i przygotowałam foto-książkę.

Teraz, kiedy siedzę w salonie, bawię się z dzieckiem czy czytam coś...patrzę na półkę przy ścianie. A tam stoją sobie piękne albumy. Wypełnione albumy. Pokazujące urywki moich najważniejszych życiowych momentów, odkąd w moim życiu pojawił się syn. Mogę sobie chwycić jeden do ręki, otworzyć na losowej stronie i popatrzeć, powrócić w przeszłość... I to nie to, że do zdjęć zapisanych na dyskach, laptopach etc. wrócić się nie da. Ba! W dalszym ciągu mam tam od groma zdjęć i mieć będę. Ale ta nutka tradycji...gdzie w domach zawsze znalazło się kilka "namacalnych" albumów z dzieciństwa... Wizja siedzenia przy kominku w fotelu, opatulona kocem, trzymająca kubek gorącej czekolady w ręku, albumem na kolanach, wydaje mi się realna i na myśl o niej czuję taki błogi spokój, bezpieczeństwo, ciszę domowego ogniska... A teraz inna wizja. Pokój ten sam, kominek, fotel, koc, gorąca czekolada, laptop - i oglądanie zdjęć - tylko że w tle pootwieranych tysiące różnych zakładek na allegro czy gmaila.
Dla mnie opcja numer jeden. I znowu...w kolejnej kwestii... jestem staroświecka...

wtorek, 19 maja 2015

Pierwsze wyjście z domu bez dziecka.

Za nami pierwsze wyjście z domu.
Na cały dzień i całą noc.
Pierwsze bez dziecka.




Nasz synek ma osiem miesięcy. Mam urlop macierzyński, więc jestem z nim codziennie przez 24 godziny na dobę. Do tej pory nie zdarzyło nam się z mężem wyjść z domu i zostawić go pod opieką babci. Przynajmniej nigdy na cały dzień i całą noc. To były raczej sporadyczne przypadki zamykające się w godzinie czy dwóch. Nigdy właściwie nie odczuwaliśmy potrzeby, żeby "odpocząć" od domowych i rodzicielskich obowiązków. Nasz synek, odkąd skończył dwa miesiące, zasypia o 20 i śpi do rana. Także można powiedzieć, że wszystkie wieczory mamy "wolne", a noce przespane.

W każdym razie przyszedł taki dzień, ważny dzień, bo ślub najbliższych nam osób, kiedy postanowiliśmy po raz pierwszy skorzystać z propozycji babci. Mianowicie zostawić małego pod jej opieką na praktycznie cały dzień i noc. Długo się wahaliśmy czy brać go na ślub i wesele. Ja w szczególności. I nie chodziło mi tutaj wyłącznie o to, że bez niego moglibyśmy swobodnie się pobawić. Moją głowę zaprzątał przede wszystkim fakt, jak on będzie się czuł bez nas. Czy będzie płakał, czy w ogóle zaśnie, czy babcia sobie poradzi... Nie wiem nawet skąd te wątpliwości mi się wzięły! Przecież moja teściowa wychowała swoje dzieci. Dlaczego więc miałaby sobie nie poradzić ze swoim wnukiem, którego kocha nad życie? Nie wiem... Ale myśl pozostawienia synka pod jej opieką bardzo mnie stresowała.

Jednak z racji tego, że byliśmy świadkami i starostami; mieliśmy ubierać Pana Młodego, a w dodatku miejsce ślubu nie oddalało się od naszego domu o pięć minut, zdecydowaliśmy się na chrzest bojowy. Podarowaliśmy mamie prezent, o który prosiła nas odkąd nasz synuś pojawił się na świecie. Chodzi oczywiście o opiekę nad dzieckiem przez całą naszą nieobecność.

Bałam się bardzo. Naprawdę. I nie tak tego, że mama sobie nie poradzi... Ale synka odczuć. Jednak kiedy uświadomiłam sobie, że nie jestem w stanie przewidzieć jak mały zachowywałby się przez cały dzień poza domem, widząc tłum ludzi, słysząc głośną muzykę... Uznałam, że pozostanie w domu z babcią to dla niego mniejszy stres.

Kiedy nadszedł ten dzień, przygotowałam dla teściowej wszystko. Ubranka na zmianę, jedzenie, zabawki, pieluchy...nie mówiąc o szczegółowej rozpisce na dwie strony a4, żeby wiedziała co i jak... Nawet nie wiem czy ją przeczytała :) Nieważne...ja w ten sposób czułam się zabezpieczona i mniej zestresowana faktem zostawienia dziecka w domu. Kiedy wyruszyliśmy z domu, od razu wzięłam w rękę telefon, jednak Jacek w porę schował mi go z powrotem do torebki mówiąc, że nic złego się nie dzieje. Mały teraz śpi. Babcia da sobie radę. Ok... Ale jak dojechaliśmy na miejsce, już nie mogłam się powstrzymać.
Halo?
Wszystko w porządku?
Oczywiście! Mój wnusio jest najukochańszy na świecie! 
A możesz mi go dać na chwilę do telefonu?
Przyłożyła mu na chwilę słuchawkę do uszka, a ja słyszę...
mamama-mamama
No i po co zadzwoniłam? Miałam łzy w oczach. Postanowiłam, że już dzwonić nie będę... No może raz zapytam...ale to już wieczorem...Albo nie. Poczekam aż ona napisze albo zadzwoni.

Generalnie z godziny na godzinę czułam się coraz pewniej. Stres zszedł. Mama nie dzwoniła. Czasem tylko posłała smsa, że wszystko ok, albo że mały właśnie się bawi i jest bardzo grzeczny. Zanim się obejrzałam, była już 20. Teraz już będzie spał do rana. A ja już całkowicie skupiłam się na weselu i na parze młodej.

Jeżeli ktoś się boi wyjść bez dziecka...Bo są tacy...
Ta sytuacja nauczyła mnie jednego. Jeśli jest możliwość zostawienia dziecka pod dobrą opieką, to warto z tego skorzystać. Natomiast chwycenie w ramiona maleństwa, kiedy zobaczy się go po powrocie do domu...bezcenne!
Czasem warto zatęsknić za własnym dzieckiem.

wtorek, 12 maja 2015

Małżeństwo



Już za kilka dni nadejdzie dzień, w którym dwoje bardzo bliskich mi ludzi powie sobie sakramentalne "tak". Nie mają dziecka, ani się go nie spodziewają... Piszę to dlatego, że czasy się zmieniają. Z biegiem lat niesamowicie zmieniło się nastawienie ludzi do małżeństwa (i nie mówię tu o średniowiecznych zaślubinach). Teraz wiele osób decyduje się na życie na tzw. "kocią łapę". Coraz mniej par posuwa się do decyzji o małżeństwie, a jeśli już, coraz częściej jest to równoznaczne ze spodziewaniem się dziecka.
Kiedy wychodziłam za mąż, spotkałam się z różnymi reakcjami znajomych, przyjaciół, rodziny...
Zadziwiająco dużo ludzi na wiadomość o moim ślubie reagowała następująco:
"Jesteś w ciąży???"
"Nie".
Część z nich na tym pytaniu zaprzestała. Jednak zdarzyli się i tacy, którzy zapytali jeszcze:
"To po co ślub?"
Bo się kochamy? Bo chcemy? Bo pragniemy powiększyć rodzinę po ślubie? Bo jesteśmy staroświeccy? Może i jesteśmy. W każdym razie w tej sprawie jesteśmy na pewno. Szczerze mówiąc nie rozumiem, dlaczego aktualnie małżeństwo kojarzy się z tym, że kobieta jest w ciąży... Tym bardziej doceniam wszystkich, którzy słysząc wśród bliskich wieść o ślubie, cieszą się z nimi w przekonaniu, że robią to z miłości.


Bardzo szanuję ludzkie wybory. Każdy ma prawo do decydowania o swoim życiu, związku, i czy będzie to relacja na "kocią łapę" czy w małżeństwie. Najważniejsze, żeby czuli się dobrze i by żyli w zgodzie ze swoim sumieniem. Są tacy, którym ślub do szczęścia nie potrzebny. Są tacy, którzy marzą o białej sukni i orkiestrze. Są i tacy, którzy uważają, że "papierek" chcą, bo dziecko w drodze. Jednak z racji tego, że dookoła coraz rzadziej słyszę o formalizowaniu związku z miłości, tak po prostu z czystej miłości, tak bardzo cieszy mnie fakt, że dwoje ludzi, których kocham, idą w te "staroświeckie" ślady.


Życzę im, żeby każdego dnia kochali się bardziej niż wczoraj, a mniej niż jutro. Żeby ta decyzja przyniosła im mnóstwo szczęścia i radości.
Kocham Was!
M&E



piątek, 8 maja 2015

Whiskas - przesyłka do łapek własnych





Zajrzałam dzisiaj do skrzynki.
Początek miesiąca.
Rachunków się spodziewałam.
Listów wszelakich na moje nazwisko.
A co znalazłam?
Przesyłkę do "łapek własnych" z firmy Whiskas. Nie ukrywając zaskoczenia czym prędzej przekazałam ją Lolicie. Kot przejął przesyłkę, jak widać na zdjęciach.
Trzeba przyznać, że forma reklamy jest miła i genialnie pomyślana. W środku próbki kociej karmy.
Firmie Whiskas, w imieniu Lolity, dziękujemy.