poniedziałek, 5 stycznia 2015

Ósmy cud świata



Kiedy rodzi się dziecko, cały świat przewraca się do góry nogami. Wspominałam już o tym tutaj.
Zjeżdżamy na inne tory, ale jakie szczęśliwe!
Podobno cudów świata mamy siedem. Ja też w to wierzyłam. Dopóki nie zaszłam w ciążę. Od tamtej pory dla mnie cudów świata jest osiem.
Bo czy nie cudem jest dziecko, które przez pierwsze dni życia jest tak maleńkie, że gołym okiem dostrzec go nie można, a po dziewięciu miesiącach rośnie do ponad pięćdziesięciu centymetrów?
To jest cud natury, coś nieprawdopodobnego! Wcześniej tak na to nie patrzyłam...

Rośnie sobie taki maluszek w mamusinym łonie... A później przychodzi na świat, żeby uszczęśliwić i odmienić na zawsze życie swoich rodziców.

Zaraz po urodzeniu Szymusia pragnęłam, by ta chwila trwała wiecznie. Pewnie każda mama wie, o czym mówię. Kiedy wyszliśmy z maleństwem ze szpitala, czuwaliśmy z mężem nad jego łóżeczkiem praktycznie przez cały czas. Patrzyliśmy na te maleńkie rączki, usteczka i nosek... Pochylaliśmy się nad dzieciątkiem, żeby sprawdzić czy oddycha... Toż to taki cud nam się narodził, że uwierzyć w swoje szczęście nie mogliśmy...

Któregoś dnia, na jednym z naszych pierwszych wspólnych spacerów, spotkaliśmy znajomych, którzy mieli dziecko rok starsze od Szymcia. Patrzyłam tak z uśmiechem na tego brzdąca, który stawiał swoje pierwsze kroki i w końcu powiedziałam, że nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę swojego synka w takiej sytuacji. Moja znajoma powiedziała mi wtedy, żebym się cieszyła i korzystała z chwil, póki maleńki cały czas tylko śpi. Bo jak zacznie chodzić, to pomażę tylko, żeby pierwsze miesiące jego życia wróciły, i że stracę swój wolny czas.

Tego samego dnia odwiedziła mnie koleżanka ze swoją ośmiomiesięczną córeczką. Patrzyłam, jak karmiła ją jakimś deserkiem dla dzieci i jak ta mała się głośno śmiała... Powiedziałam, że nie mogę się doczekać kiedy Szymek będzie się tak śmiał, że będę miała kłopot z podaniem mu jedzonka. Moja koleżanka na to, żebym się cieszyła, póki mały tylko śpi i pije z piersi, bo później się zaczną śliniaczki, większe wydatki, mało czasu dla siebie i takie tam...
"Coście się dzisiaj wszyscy uparli? Każdy mi radzi, żebym celebrowała każdą chwilę, póki mały jest tak malutki, że nie mam przy nim prawie żadnej roboty."

Mój synek niedługo skończy cztery miesiące. Czasy, kiedy przesypiał prawie całą dobę, już się skończyły. Teraz przez większość dnia bawi się, gaworzy i śmieje. A ja mam z tego taką radochę, że opisać tego nie mogę! Po prostu ogarnia mnie taka wewnętrzna radość, że zdrowo rośnie, że jest taki kontaktowy, że każdego dnia uczy się czegoś nowego...Jestem wtedy dumna z niego, jak i z mojego męża i siebie. Bo jego sukcesy są także naszymi. A jego radość to nasza radość. I to jest dla mnie chyba ważniejsze niż to, że kiedy mały tylko spał, to miałam więcej czasu dla siebie... (swoją drogą to wszystko jest chyba kwestią organizacji :)

Zobaczymy, jak będzie później. Póki co pragnę cieszyć się każdą chwilą, którą mogę przeżywać wspólnie z nim. Bo że za czymś zatęsknię - tego jestem pewna - to za wszystkimi momentami, które teraz trudne wydawać się mogą, a wrócić będzie się do nich chciało, kiedy dziecko nam z domu wyfrunie...








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarze - ogromnie je doceniam :) Jeżeli Wam się tutaj podoba - zapraszam serdecznie do obserwowania mojego bloga :)