piątek, 16 stycznia 2015

Macierzyństwo

Nie da się opisać, jak wiele zmienia macierzyństwo. Sprawia, że stajemy się odważniejsze, silniejsze i otwieramy serce bardziej niż kiedykolwiek. Każda z nas jest inna, jednak możemy być pewne, że macierzyństwo to najpiękniejsza rzecz, jaka może spotkać kobietę.

Nikt nie powiedział, że ten stan będzie usłany różami. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo i przyjemnie. A jednak zostajemy matkami i świadomie stajemy przed długą drogą, przez którą musimy przeprowadzić nasze dziecko. Stajemy się odpowiedzialne za życie, które urodziło się w nas.

Macierzyństwo jest kolejnym dowodem na to, że najpotężniejszym i najmocniejszym uczuciem jest miłość. Bez niej nasze codzienne wyzwania i ciężka praca nie miałyby najmniejszego sensu. Kochając dziecko każdego dnia dostajemy nowe pokłady energii, które pozwalają nam na bycie w swojej roli najlepszą, jaką potrafimy.

Można powiedzieć, że kiedy rodzi się dziecko, od nowa przeżywamy życie. Pierwszy uśmiech, nauka chodzenia, czytania, pierwsza ocena w szkole, pierwszy chłopak czy dziewczyna, trudne wybory, mniej lub bardziej rozsądne decyzje... To wszystko przeżywamy bardziej niż wtedy, kiedy to my szłyśmy długą drogą prowadzone przez nasze mamy.

Każdy sukces naszego dziecka jest naszym sukcesem. Każda porażka jest naszą porażką. Wszystko przeżywamy podwójnie. Wraz z naszym dzieckiem rodzimy się na nowo.

Macierzyństwo to najpiękniejsza, a zarazem najtrudniejsza droga, jaką musimy przejść pełne wiary, nadziei i miłości. Egoizm zatraca się całkowicie, ustępując miejsca wrażliwości i hojności.

Wszystkie nasze trudy, zmęczenie i poświęcenie zostaną wynagrodzone najcudowniejszymi słowami, jakie możemy usłyszeć od naszego dziecka - kocham cię mamo. Dla tych słów warto dać z siebie wszystko i oddać się macierzyństwu całą sobą.







środa, 14 stycznia 2015

Moc uśmiechu

uśmiech = szczęście
uśmiech = radość
uśmiech = energia na cały dzień

Wczoraj pogoda była przepiękna. Z łóżka wstałam prawdą nogą (nawet jak wstaję lewą, to cały dzień sobie wmawiam, że prawą i w końcu sama zaczynam w to wierzyć i pozytywnie się nakręcać). Wybrałam się ze swoim synkiem na bardzo długi spacer. Zazwyczaj świeże powietrze go usypia, ale podarował mi przed zaśnięciem powalający, cudowny uśmiech. Zrobiło mi się tak radośnie i ciepło na serduchu, że postanowiłam uśmiechać się do każdej osoby, którą spotkam podczas spaceru. Trywialne? Nie wiem... Jednak po pewnym zdarzeniu wiem, że było warto.

Ludzie różnie reagowali, kiedy się do nich uśmiechałam. Jedni to odwzajemniali, inni skulali głowę, tak jakby zawstydzeni... Pewien starszy pan aż stanął w miejscu i zaniemówił.
- Czy my się znamy? - Zapytał mnie.
- Nie proszę pana.
- To dlaczego się pani do mnie uśmiechnęła?
- Przed spacerem uśmiechnął się do mnie mój synek i dodało mi to pozytywnej energii. Miło jest, kiedy ktoś się uśmiecha.
- Niech pani nie zrozumie mnie źle, ale ja się poczułem zaszczycony! (ach...ci starsi dżentelmeni :) Ten dzień nie zaczął się dla mnie zbyt dobrze. Wszyscy od rana mają do mnie pretensje, latają zagonieni...a pani po prostu, ot tak, uśmiechnęła się do mnie. To było bardzo miłe! Dziękuję! Teraz wierzę, że ten dzień może przynieść coś dobrego.
Jak to powiedział, ukłonił się, zaczął do siebie gwizdać i poszedł w swoją stronę.

Dlaczego się nie uśmiechać? Jak to tak wiele daje. I chcąc nie chcąc - wpływa to na nas. Powiedzmy, że przez cały dzień widzimy same ponure twarze. Jak to na nas działa? Kupujemy chleb czy siedzimy za biurkiem w pracy, gdzie wszyscy mają kamienną twarz. Jak tu się czuć dobrze... A dla odmiany wyobraźmy sobie dzień, gdzie wszędzie widzimy uśmiechających się ludzi. Nie wiem jak Wy, ale mnie od razu robi się cieplej na duszy.



A tak z innej beczki - III. część bajki o Sówce Mili jest w trakcie pisania. Mam nadzieję, że niebawem ją opublikuję.


Miłego i uśmiechniętego dnia Wam życzę!

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Ósmy cud świata



Kiedy rodzi się dziecko, cały świat przewraca się do góry nogami. Wspominałam już o tym tutaj.
Zjeżdżamy na inne tory, ale jakie szczęśliwe!
Podobno cudów świata mamy siedem. Ja też w to wierzyłam. Dopóki nie zaszłam w ciążę. Od tamtej pory dla mnie cudów świata jest osiem.
Bo czy nie cudem jest dziecko, które przez pierwsze dni życia jest tak maleńkie, że gołym okiem dostrzec go nie można, a po dziewięciu miesiącach rośnie do ponad pięćdziesięciu centymetrów?
To jest cud natury, coś nieprawdopodobnego! Wcześniej tak na to nie patrzyłam...

Rośnie sobie taki maluszek w mamusinym łonie... A później przychodzi na świat, żeby uszczęśliwić i odmienić na zawsze życie swoich rodziców.

Zaraz po urodzeniu Szymusia pragnęłam, by ta chwila trwała wiecznie. Pewnie każda mama wie, o czym mówię. Kiedy wyszliśmy z maleństwem ze szpitala, czuwaliśmy z mężem nad jego łóżeczkiem praktycznie przez cały czas. Patrzyliśmy na te maleńkie rączki, usteczka i nosek... Pochylaliśmy się nad dzieciątkiem, żeby sprawdzić czy oddycha... Toż to taki cud nam się narodził, że uwierzyć w swoje szczęście nie mogliśmy...

Któregoś dnia, na jednym z naszych pierwszych wspólnych spacerów, spotkaliśmy znajomych, którzy mieli dziecko rok starsze od Szymcia. Patrzyłam tak z uśmiechem na tego brzdąca, który stawiał swoje pierwsze kroki i w końcu powiedziałam, że nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę swojego synka w takiej sytuacji. Moja znajoma powiedziała mi wtedy, żebym się cieszyła i korzystała z chwil, póki maleńki cały czas tylko śpi. Bo jak zacznie chodzić, to pomażę tylko, żeby pierwsze miesiące jego życia wróciły, i że stracę swój wolny czas.

Tego samego dnia odwiedziła mnie koleżanka ze swoją ośmiomiesięczną córeczką. Patrzyłam, jak karmiła ją jakimś deserkiem dla dzieci i jak ta mała się głośno śmiała... Powiedziałam, że nie mogę się doczekać kiedy Szymek będzie się tak śmiał, że będę miała kłopot z podaniem mu jedzonka. Moja koleżanka na to, żebym się cieszyła, póki mały tylko śpi i pije z piersi, bo później się zaczną śliniaczki, większe wydatki, mało czasu dla siebie i takie tam...
"Coście się dzisiaj wszyscy uparli? Każdy mi radzi, żebym celebrowała każdą chwilę, póki mały jest tak malutki, że nie mam przy nim prawie żadnej roboty."

Mój synek niedługo skończy cztery miesiące. Czasy, kiedy przesypiał prawie całą dobę, już się skończyły. Teraz przez większość dnia bawi się, gaworzy i śmieje. A ja mam z tego taką radochę, że opisać tego nie mogę! Po prostu ogarnia mnie taka wewnętrzna radość, że zdrowo rośnie, że jest taki kontaktowy, że każdego dnia uczy się czegoś nowego...Jestem wtedy dumna z niego, jak i z mojego męża i siebie. Bo jego sukcesy są także naszymi. A jego radość to nasza radość. I to jest dla mnie chyba ważniejsze niż to, że kiedy mały tylko spał, to miałam więcej czasu dla siebie... (swoją drogą to wszystko jest chyba kwestią organizacji :)

Zobaczymy, jak będzie później. Póki co pragnę cieszyć się każdą chwilą, którą mogę przeżywać wspólnie z nim. Bo że za czymś zatęsknię - tego jestem pewna - to za wszystkimi momentami, które teraz trudne wydawać się mogą, a wrócić będzie się do nich chciało, kiedy dziecko nam z domu wyfrunie...